Czy należy bać się deflacji?

Zjawisko deflacji wydaje się być nieuniknionym efektem funkcjonowania dobrych gospodarek światowych. Teza może wydaje się zbyt śmiała, ale historia II RP pokazuje, że prawdziwa. Sama deflacja to odwrotność inflacji, czyli dokładnie mechanizm podnoszący wartość waluty narodowej. Polska ma potencjał do kontynuowania chlubnych tradycji własnej waluty i dalekowzrocznie patrzący “rozdający karty” w UE zagwarantowali sobie wejście RP do strefy euro, aby nie dopuścić do zbytniego wzrostu potęgi gospodarczej kraju nad Wisłą. Wspólna waluta na jakiś czas zapobiegnie temu wzrostowi i uchroni Unię od problemu jedynego kraju rozwijającego się w organizacji, ale tylko na jakiś czas. Dzisiaj już jest zauważalny paradoksalny efekt, gdy “biedni” Polacy mają najwyższe ceny w Unii. Nie Niemcy, Francuzi, czy Angole, ale ci “biedni” Polacy. Wartość złotego istotnie poszła tak mocno w górę, że zjawisko kryptodeflacji jest już czymś oczywistym w kraju nad Wisłą i nie ma powodu do bania się oficjalnej deflacji. Ona tylko powoduje udogodnienie dla konsumentów, którym poziom życia czy tak, czy siak wzrasta (wyższa wartość waluty przy niezmienionych ilościach jednostkowych wypłacanych  w ramach wynagrodzeń, powoduje efekt deflacyjny, ale to jest starannie ukrywane). Efekt ten jest nieunikniony dla pracowitych i mających żyłkę ryzyka, również finansowego, Polaków. Innym problemem, z którym próbuje zmierzyć się Unia, to kwestia przywództwa, a o tę kwestię walka dopiero się rozpoczyna. Układny i gładki Tusk jednak za plecami ma wymowną mapkę z jednym krajem unijnym zaznaczonym na zielono, jednym jedynym. Mapka ta ewidentnie pokazuje do kogo należą pierwsze skrzypce w Europie i kogo perspektywy są faktycznie zachęcające i kto powinien przewodzić…