Zapomnijmy, że stadion Wisły jest nowy
Losy angielskiego Morecambe FC śledzę z sentymentu do miasta, w którym mieszkają dwoje moich przyjaciół. Drużyna właśnie przeniosła się na nowiutką Globe Arenę. W miejscu ich starego obiektu już rośnie hipermarket.
Zawsze fascynował mnie angielski proceder zamiany stadionów. W Polsce, po wybudowaniu nowego, raczej nikt nie odważyłby się starego zburzyć. W Anglii jakby od niechcenia daruje się klubom nowe obiekty. Pewnie dlatego, że futbol jest tam trochę czymś innym, niż w Polsce.
Faktem jest jednak, że Christie Park w Morecambe pięknym obiektem nie był. Przypominał klasyczny polski stadion pierwszoligowy (warto zwrócić uwagę na absurd powyższego zdania: Morecambe gra w angielskiej... czwartej lidze).
Po latach stadionowej posuchy w Polsce (nawet komunistyczni dyktatorzy nie zdecydowali się zbudować porządnego stadionu, żeby zamknąć obywatelom buzie), ruszyliśmy pełną parą z budową obiektów. W ślad z a tymi na Euro 2012 poszły nie tylko Warszawa ze stadionem Legii, ale nawet Gliwice. Na Wiśle w Krakowie przerpowadzono oficjalne testy oświetlenia, nagłośnienia i murawy. Cała impreza z udziałem wielu dziennikarzy była przerostem formy nad treścią. Przed spotkaniem, stojąc pod stadionem, widziałem palące się reflektory, zaś panowie przeprowadzali próbę mikrofonu. Piłkarze też mogli wyjść na murawę, żeby sprawdzić jej jakość. Zrobienie tego samego w obecności pismaków nie miało większego sensu, tymbardziej, że Wisła najbliższego spotkania u siebie przy Reymonta wcale nie zagra.
Żeby jednak było bardziej uroczyście i efektownie, przygotowano dla nas niespodziankę. Ja oraz czterech innych kolegów podstępnie zostało wytypowanych do strzelania "jedenastek" bramkarzowie Białej Gwiazdy. Zupełnie przypadkiem wybrano nas, w ostatnich miesiącach najbardziej znęcających się nad nowym obiektem Wisły.
Strzał z "wapna" wypadł blado. Nie dość, że miałem buty na całkowicie płaskiej podeszwie, to jeszcze pierwszy raz w życiu kopałem Jabulani. Ale to nie był koniec atrakcji. Po serii karnych rozegraliśmy małą gierkę z piłkarzami Wisły. Przegraliśmy 0:2.
Przedstawiciele Wisły i władz miasta chyba chcieli nas zajechać za nieprzychylne doniesienia medialne, ale akurat natrafili na kolegów z Przeglądu Sportowego i Polski Gazety Krakowskiej, którzy w piłkę grają wcale nieźle. Inni wypadliby pewnie jeszcze słabiej.
Po testach nagłośnienia i boiskowej zabawie przedstawiciele miasta zasiedli za stołem konferencyjnym. Konfrontacja z dziennikarzami wyglądała mniej więcej tak, jak nasz mecz z Wiślakami.
Bo przynać trzeba, że budowa stadionu nie wyszła tak, jak pierwotnie zakładano. Nowy obiekt okazał się znacznie droższy, w dodatku zostanie oddany ponad trzy miesiące później.
Na domiar złego nie podoba się kibicom. Z lotu ptaka wygląda całkiem nieźle. Gorzej z perspektywy murawy. Nie tworzy całości - widać, że dwie głowne trybuny zostały wybudowane później, niż te za bramkami. A przez fosę okalającą widownię przypomina stare obiekty w Ameryce Południowej.
Jedno przyznać muszę: Na mój gust wygląda lepiej, niż współcześnie modne obiekty w kształcie amerykańskiego pączka. Wolę architekturę w stylu angielskim. Tak naprawdę do budowniczych areny przy Reymonta mam jedną pretensję: że obiecywali mecze już w lipcu - najpierw z Szawlami, a później z Karabachem. Teraz mówi się, że na dzień dobry odbędzie się tu spotkanie Polska - Australia. Pomny poprzednich, niespełnionych obiektnic, traktuję to tylko jako kolejną wersję zamierzeń.
Sama Wisła mankamentów nowego obiektu nieoficjalnie widzi kilka. Ale najwazniejsze dla piłkarzy i władz klubu jest to, kiedy wreszcie z nowych głośników zabrzmi klubowy hymn, a piłkarzy przywita najpierw kilkunasto, a potem 30-tysięczna publiczność.
Aby pogodzić się z estetyką nowego stadionu, musimy chyba zapomnieć, że jest on nowy i traktować go, jakby był tu od lat. I jak na ówczesne czasy z prawdziwego zdarzenia.
źródło: wisla.krakow.pl
